Brazylia moim okiem – część 1: jedzenie i transport

podsumowanie 2017

Koniec starego roku i początek nowego to dobry czas, aby na spokojnie przeanalizować sobie wszystko, co wydarzyło się w przeciągu minionych miesięcy i spojrzeć na to z dystansem. Przeglądam sobie zdjęcia  i filmy z podróży, zaglądam do notatek nabazgranych gdzieś w zeszycie i pamięci telefonu. Przydają się też rozmowy z Messengera czy Whatsappa, gdzie dzieliłem się ze znajomymi swoimi pierwszymi spostrzeżeniami co do otaczającej mnie rzeczywistości. Fajnie jest wszystko porównać po pewnym czasie, bo nierzadko to, co na początku wydawało się dziwne i niezrozumiałe, w rzeczywistości jest po prostu inne. Oczywiście, zawsze pozostaną jakieś rzeczy, których nie zrozumiem.

Pomyślałem sobie więc, że zbiorę te wszystkie przemyślenia w jedną całość i wrzucę w kilku punktach. Na pewno będzie to subiektywne spojrzenie na Brazylię i na zaobserwowane przeze mnie sytuacje, ale znajdzie się tutaj też sporo prawdy. Druga sprawa – Brazylia to ogromny kraj, wielkością porównywalny do Europy, dlatego to, o czym piszę (z punktu widzenia stanu Minas Gerais i miasta Belo Horizonte) może niekoniecznie zgadzać się z tym, jak to wygląda sto kilometrów dalej, a co dopiero na północy, czy na południu kraju. To niemalże kraj-kontynent, bardzo różnorodny pod każdym względem, niemożliwe i bardzo niesprawiedliwe byłoby więc wrzucenie wszystkiego do jednego worka. Oczywiście są jednak rzeczy wspólne lub podobne – skądś w końcu mamy te stereotypy o Brazylijczykach ;)

 

JEDZENIE

Jeżeli nie wiadomo, od czego zacząć, to zacznę od mojej ulubionej rzeczy, czyli jedzenia. I już wiem, że strzelam sobie trochę w stopę, bo to temat-rzeka. W Brazylii spotkać można tyle oryginalnych warzyw i owoców (o potrawach nawet nie wspominając), że wiele z nich nie ma nawet polskich nazw. Fajnie było jednak odkrywać takie, które kupujemy w Polsce, a pochodzą m.in. z Ameryki Południowej, na przykład owoc caju, którego częścią są orzechy nerkowca.

Gdy wylądowałem na miejscu, od razu chciałem spróbować wszystkiego, o czym mi mówiono przez wyjazdem. Zwłaszcza, że miałem już mały przedsmak tego, co mnie czeka. W Portugalii, chyba w Aveiro, trafiłem na sieciówkową restaurację z brazylijskim żarciem, Brazylijscy znajomi częstowali mnie tapioką smażoną z szynką i serem, a w Polsce brazylijskiego jedzenia mogłem doświadczyć zarówno podczas festiwalu Bom Dia Brasil w Warszawie, jak i podczas wspólnego gotowania ze znajomymi (także Brazylijczykami), gdy przyrządzaliśmy m.in. brigadeiro (tym zajmowałem się ja!) i pão de queijo, a wszystko popijaliśmy caipirinhą.

Na co dzień staram się nie używać soli, a także ograniczam słodycze i cukier w każdej postaci. Nie mogłem wybrać sobie lepszego miejsca na podróż, bo w Brazylii wszystko jest albo bardzo słone, albo bardzo słodkie. Brazylijczycy kochają sól (używają jej średnio dwa razy więcej niż dozwolone dzienne spożycie) i rodzi to wiele problemów – aby zrozumieć skalę tej sytuacji, dodam, że w 2013 roku zredukowano jodowanie soli stawianej na stolikach w restauracjach.

Na śniadanie Brazylijczycy nie jedzą zbyt wiele. Często, jak mówi sama nazwa café da manhã, jest to kawa, a do tego jakiś tost lub pão de queijo. Tak naprawdę pierwszy ważny posiłek przypada na godzinę 12-15, gdzie na talerz wjeżdża mięso, ryż, fasolka, makaron, zazwyczaj wszystko obok siebie. Bardzo popularne są restauracje z jedzeniem na wagę, wtedy można próbować wszystkiego, czego się nie zna, nakładając niewielkie ilości. Co do lunchu, Brazylijczycy przestrzegają tej pory i nie raz spotkałem się ze zdziwieniem z ich strony, gdy wracałem do domu o 16 i chciałem sobie coś ugotować  („Teraz? Nie żartuj!”). Mieszkając ze współlokatorami często gotuje się też wspólnie (niestety, moi nie byli uzdolnieni kulinarnie). Byłem mile zaskoczony, gdy specjalnie dla mnie nie dodawali zbyt dużo soli do potraw (kilogram soli lądował dopiero na ich indywidualne talerze).

Jeżeli chodzi o cukier, to króluje tutaj leite condensado i doce de leite. Brazylijczycy nie mogą wytrzymać bez mleka skondensowanego i kajmaku. Używają go do wszystkiego – robi się z niego okrągłe kuleczki brigadeiro, ciasta, wypełnia się churros, są polewą w McFlurry, ale można je także kupić w supermarkecie w kartoniku i… pić bezpośrednio z niego. Czy wspomniałem, że pija się także sok z trzciny cukrowej? (patrz: ostatnie zdjęcie powyżej)

Moją miłość, chociaż dopiero po czasie, zyskały sobie jagody açai (oczywiście, słodzone) w dwóch wariantach – soku zmiksowanego razem z bananem, a także deseru-kremu, do którego można dobrać liczne dodatki.

Pierwsze wizyty w supermarkecie były prawdziwymi przygodami. Szukałem na półkach artykułów, których nie da się znaleźć w Polsce, porównywałem ceny oraz oczywiście robiłem wszystkiemu zdjęcia, jakbym nigdy nie był w takim miejscu <wstyd>. Pieczywo jest słabej jakości, pakowane często w większe paczki. Nutella, batony, płatki śniadaniowe, lody – to wszystko jest znacznie droższe, często nawet 2-3 razy! Ryż i fasolę można kupić w wielkich workach, proporcjonalnie do spożycia. Na półkach nie ma żeli do kąpieli, bo Brazylijczycy wybierają mydło. Nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził także cen alkoholu – wino rozpoczyna się od 30 reali, chociaż moi współlokatorzy (warto dodać: studenci) i tak hurtowo kupowali catuabę za 12 ;)

 

TRANSPORT

Mieszkałem na tyle blisko centrum, że nie miałem potrzeby korzystać z transportu publicznego, ale zdarzały się sytuacje, gdy wsiadałem w autobus, na przykład jadąc do Pampulii. Opłata za przejazd jest stała, bez różnicy, czy jedziemy jeden przystanek, czy na drugi koniec miasta, i nie da się jechać na gapę – oprócz kierowcy w autobusie jest kasjer, który po kupieniu biletu przepuszcza pasażera przez obrotową bramkę. Wejście znajduje się oczywiście tylko z przodu autobusu – doświadczyłem tego już w Portugalii, ale w dalszym ciągu bywa to czasem nieco irytujące, zwłaszcza, gdy autobus jest pełny i trzeba się przeciskać, bo wyjście jest tylko na środku (czasem także z tyłu). Jazda przypomina rollercoaster: kierowcy jeżdżą z prędkością światła, zatrzymują się w ostatniej chwili (wszystkie przystanki są na żądanie), także na środku wzniesienia, przez co ma się wrażenie, że już nie ruszymy, za to zjedziemy sobie do dołu.

Bardzo popularny jest Uber (w większych miastach), który jest nieco tańszy, niż w Polsce (to moja opinia) i za którego można płacić także gotówką – spoko sprawa, jeżeli podróżujemy z kilkoma osobami i dzielimy się przejazdem. Dla mnie jedyne rozwiązanie, bo w Brazylii nie miałem karty płatniczej. W każdym aucie kierowca ma dla nas wodę i cukierki. Niedawno do Brazylii wjechał Cabify – konkurencja Ubera, który charakteryzuje się między innymi tym, że nie płacimy więcej za przejazd, jeżeli stoimy w korkach (a te w Belo Horizonte to prawdziwa udręka). Nie jest jednak jeszcze tak popularny, przez co czas oczekiwania jest znacznie dłuższy. Na plus zasługują liczne promocje i darmowe hajsy przesyłane w kodach na maila!

Nieco uciążliwe bywa przechodzenie przez pasy. Światła semafora dla pieszych zmieniają się na czerwone w tej samej chwili, gdy kierowcy otrzymują zielony znak, więc spóźnialscy muszą przebiegać, bo pojazdy ruszają bardzo szybko. W miejscach bez sygnalizacji samochody często ustępują pieszym – daję lajka! Cały akapit to uwaga jedynie dla turystów – Brazylijczycy nie patrzą na pasy czy światła – przechodzą w dowolnym miejscu i momencie, nawet pomiędzy przejeżdżającymi samochodami.

Najczęściej na ulicy możecie spotkać samochód marki Fiat, bo, co tu ukrywać – jest najtańszy. Samochody w Brazylii są bardzo drogie. Wiele razy widziałem także przepiękne volkswageny – zarówno vany, jak i garbusy, niektóre bardzo ładnie odrestaurowane (lub całkowicie nowe), inne pordzewiałe od starości.

Jeżeli chodzi o dojazd do innych miast, jest trochę drogo. Nie ma oczywiście tanich linii, więc podziękujmy za obecność Ryanaira i Wizzaira w Europie. Belo Horizonte oddalone jest 450 kilometrów od Rio de Janeiro i prawie 600 kilometrów od São Paulo, a ceny biletów autobusowych to jakieś 100 reali (120 złotych) w jedną stronę (Rio). Bardzo często za tę samą kwotę można znaleźć bilety lotnicze, więc czas podróży z 7 godzin skraca się do 1 godziny.