Brazylia moim okiem – część 2: ludzie i język

Od publikacji pierwszej części posta (o jedzeniu i przemieszczaniu się w Brazylii) minęło już całkiem sporo czasu, a w tym czasie wydarzyło się także wiele rzeczy w moim życiu. Ponowna aklimatyzacja w Warszawie, nowe mieszkanie, praca… Znalazłem również chwilę, aby na wydarzeniu PechaKucha opowiedzieć nieco o tym, jak żyło mi się w Belo Horizonte. Zdjęcia z eventu znajdziecie pod tym linkiem, zachęcam także do obejrzenia krótkiej relacji wideo. A teraz przejdźmy do części drugiej moich wrażeń i opinii o Brazylii.

Niełatwo pisze się o ludziach. Głównie dlatego, że mówiąc o jakiejś grupie, nie da się uniknąć generalizowania, upraszczania oraz opierania się na stereotypach, co może nieco zniekształcić obraz społeczeństwa. Z drugiej strony, każdy kraj ma swoje odrębne cechy, które właśnie czynią go wyjątkowym i pozwalają odróżnić na tle innych, dlatego moim zdaniem prawda leży gdzieś pośrodku. Brazylia to kraj, gdzie można postawić ludzi w szeregu i każdy będzie się czymś różnić – czy to kolorem skóry, pochodzeniem, sposobem mówienia, orientacją, wyznawaną religią, czy statusem społecznym. Jednym słowem – panuje tu ogromna różnorodność, a kontrasty widzi się gołym okiem. Ucząc angielskiego w Belo Horizonte, miałem pewnego ucznia, 50-letniego chirurga plastycznego, który mieszkał na szczycie luksusowego, oddzielonego od ulicy szklaną szybą apartamentowca, a jego mieszkanie było pełne obrazów i rzeźb. Idąc na zajęcia, mijałem wychudzonego bezdomnego, który leżał na materacu, a ubrany był jedynie w brudne spodenki. Szybko jednak przyzwyczaiłem się do takiego stanu rzeczy, bo podobne sytuacje spotyka się codziennie. Są bogate dzielnice i fawele, bogactwo i bieda, cywilizacja i jej brak. Co ciekawe, często różnice pomiędzy ludźmi mieszają się ze sobą, co widać zwłaszcza pośród młodych ludzi. Wielokrotnie podczas imprezy techno pod wiaduktem kolejowym między bawiącymi się można było spotkać bezdomnych. I ten widok u nikogo nie powodował zgorszenia. Nie mam na ten temat zbyt rozległej wiedzy, ale wydaje mi się, że w wielokulturowej Brazylii akceptacja kogoś innego, kogoś, kto się od nas różni, nie sprawia większych problemów, a przynajmniej nie w miejscu, w którym mieszkałem.

Jeżeli chodzi o cechy charakteru samych Brazylijczyków, to moje odczucia są jak najbardziej pozytywne i takie utrzymały się aż do końca trzymiesięcznego pobytu. W Brazylii nikt nie ma problemu z nawiązywaniem kontaktów i po pięciu minutach rozmowy masz nowego znajomego na Facebooku, a po dziesięciu idziecie zjeść razem obiad. Wieczorem zabiera cię na imprezę, na której poznajesz jej/jego znajomych, którzy potem są już także twoimi znajomymi. Dzięki takiemu obrotowi spraw w studenckim mieszkanku (zwanym „republica”) czułem się bardzo dobrze i nigdy nie bałem się wychodzić ze swojego pokoju.

Gdyby nie ich pomoc, moja aklimatyzacja trwałaby znacznie dłużej. Po pierwszym tygodniu wiedziałem, gdzie należy iść na zakupy, jakich miejsc unikać, zawsze pytali się, czy starcza mi pieniędzy i w razie czego do kogo się zwrócić. Pomogli z wybraniem najlepszej karty do telefonu, ze znalezieniem najlepszego kantoru wymiany walut (skończyło się na kupieniu reali za euro od prywatnej osoby), ogarnęli nawet wizytę u fryzjera. Zawsze słuchali mnie z uwagą, pytali o to, jak pewne sprawy wyglądają w Polsce i zawsze wykazywali anielską cierpliwość, próbując zrozumieć mój okropny portugalski. Przypominali mi także o tym, żebym nie wyjmował telefonu po zmroku i pilnował swoich rzeczy – zegarka na ręku czy portfela w kieszeni. Trochę jak rodzice, ale było to fajne uczucie, które mówiło ci, że nie jesteś dla nich obojętny i ta wspaniała gościnność to jedna z wielu rzeczy, które szczególnie utkwiły mi w pamięci.

Brazylijczycy nie mają dobrej sytuacji politycznej i ekonomicznej, kraj boryka się z milionem problemów, w wielu rejonach panuje bieda (chociaż i tak większość ludzi, których poznałem, miała iPhone’a), ale najciekawsze jest to, że pomimo tego wszystkiego, oni nadal wciąż pogodnymi ludźmi. Ciągle się śmieją, żartują, rzadko się na kogoś gniewają. Jeżeli piękne słońce i wysoka temperatura nie dostarczą ci odpowiedniego nastroju (czytaj: pozytywnego), przebywanie blisko Brazylijczyków na pewno to zmieni. Nawet tutaj w Polsce, po spotkaniu z kimś z Brazylii, życie z ujemną temperaturą na zewnątrz od razu stawało się bardziej znośne.

Ekstrawertyzm w Brazylii jest chyba naturalny, a sami mieszkańcy kochają swoich znajomych i rodziny i rzadko widzi się ich samotnie. Tak samo jak ludzi, uwielbiają jedzenie, imprezy oraz dbanie o wygląd. Może i nie wszyscy ubierają się zgodnie z obowiązującymi trendami i często widać to na ulicy, ale dbanie o zdrowie, regularne wizyty u dietetyka i manicurzystki (nawet panie w wieku 60-70 lat), siłownia na każdej ulicy to coś, co jest dla nich naturalne. Brazylijczycy są nieco leniwi, wszędzie biorą autobus lub Ubera, nawet jeśli trzeba przejść tylko kilkaset metrów, często mają pokojówki i zamawiają jedzenie do domu, nawet jeśli wyjdzie ich to drożej. Ale taki stan rzeczy po raz kolejny możemy zrzucić na pogodę – gorące temperatury naprawdę rozleniwiają i czułem to także ja.

Otwartość Brazylijczyków przejawia się także w języku, którym się posługują. W książce „Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę” Tony’ego Kososkiego, którą właśnie czytam, pojawiło się porównanie, że europejska wersja portugalskiego i brazylijska wyglądają tak, jakby postawiło się obok biznesmena w garniturze i człowieka w kąpielówkach, który dopiero co wyszedł z morza z deską do surfowania. I myślę, że to trafne sformułowanie. W Portugalii język brzmi sztywno, formalnie, zasady wymowy są bardziej restrykcyjne. Brazylijska wersja jest bardziej śpiewna, uproszczona (w wielu stanach druga i trzecia osoba l.p. brzmi tak samo), a w niektórych miejscach (m.in. tam, gdzie mieszkałem) ludzie skracają sobie wszystko, jak tylko mogą – z przodu, z tyłu, łączą zdania w jeden wyraz, mają swoje określenia, które mogą określać każdą rzecz („trem”), lub takie, które nie oznaczają nic („uai”). Z lingwistycznego punktu widzenia jest to bardzo ciekawe, a dla mnie – nauczyciela angielskiego, tym bardziej. I właśnie dzięki tym uproszczeniom, po zaledwie czterech miesiącach nauki portugalskiego w Polsce, praktycznie zaraz po przyjeździe dogadywałem się z lokalsami.

Miała na to wpływ jeszcze jedna rzecz – angielskie spotkania, które znalazłem na jednej z wielu facebookowych grup, do których dołączyłem zaraz po przylocie. W każdy wtorkowy wieczór rozmawialiśmy po angielsku nie tylko z Brazylijczykami, ale także z ludźmi, którzy opuścili swoje rodzinne strony (m.in. Australię, Stany Zjednoczone, Syrię) i spróbowali życia w BH. Dzięki nim dowiadywałem się jeszcze więcej ciekawych rzeczy o mieście i całym kraju, mogłem sam opowiedzieć o swojej ojczyźnie, a także usłyszeć wiele pozytywnych słów od osób, którym Polskę udało się odwiedzić, nawet kilkukrotnie.