Mediolan, Modena, Bolonia – trzy włoskie miasta w trzy dni

Mój pięciomiesięczny pobyt na Erasmusie w Portugalii w ostatecznym rozrachunku nie zakończył się jedynie na tym kraju. Po dwóch miesiącach w Coimbrze poleciałem na weekend do Hiszpanii, a wracając do Polski, zahaczyłem jeszcze o Włochy. Właśnie mija rok od tej podróży, więc chciałbym jeszcze raz do niej powrócić, tym bardziej, że nie pisałem o niej na blogu.

Pierwszy raz we Włoszech byłem w 2013 roku, jednak wtedy wybrałem Rzym, a tym razem podróż objęła północ: Mediolan, Modenę i Bolonię.

Po nocy spędzonej na lotnisku w Bergamo, wsiadłem w pierwszy autobus do Mediolanu i już po godzinie byłem na stacji Milano Centrale, która sama w sobie jest przepięknym budynkiem, chociaż ze względu na ogromny ruch pasażerów w środku jest tłoczno, a wszelkie kawiarnie są przepełnione już od samego rana (również przez turystów, którzy ładują swoje telefony przy wszystkich możliwych gniazdkach).

Na Mediolan miałem tylko jeden dzień, bo o godzinie 23 musiałem jechać dalej, więc wcześniej obrałem sobie taką trasę, aby zobaczyć jak najwięcej.

W mieście bardzo wyraźnie daje się zauważyć kontrast między przeszłością i teraźniejszością. Pomiędzy charakterystycznymi klasycznymi budynkami w kolorach ziemi potrafi wyrosnąć szklana siedziba banku lub innej instytucji, a w wielu miejscach można dostrzec cały kompleks nowoczesnych wieżowców (m.in. projekt o nazwie Porta Nuova), włącznie z mieszkaniami z ogrodami na każdym piętrze.

Pierwszym miejscem, do którego trafiłem (całkiem przypadkiem, był na drodze do Duomo), okazał się park Giardini Indro Montanelli. I chociaż była to już końcówka stycznia, a temperatura na zewnątrz niemal ujemna (a ja w wiosennej kurtce i bez rękawiczek…), pomarańczowo-czerwone pozostałości na drzewach i ich odbicia w wodzie trochę przypominały polską złotą jesień.

Po opuszczeniu parku na mojej drodze pojawiało się coraz więcej nazw sugerujących, że znajdujemy się także w mieście mody: nazwiska znanych projektantów w witrynach butików, reklamy Vogue’a na ścianach kiosków, logotypy sieciówek, a także outfity samych Włochów (nawet tych nastoletnich, paradujących z torebkami Dolce & Gabbana).

W końcu udało mi się dotrzeć na najbardziej znany w Mediolanie plac (Piazza del Duomo). Znajduje się tu niemniej znana katedra (Duomo di Milano), której budowa trwała prawie 600 lat oraz jedno z najstarszych centr handlowych – Galleria Vittorio Emanuele II, swoją nazwę zawdzięczające pierwszemu królowi Włoch. W samym Duomo byłem tylko w lewej części świątyni, ponieważ kolejka była zbyt długa, by czekać na dworze bez odpowiedniego ubrania (brawo ja).

Pokręciwszy się trochę po galerii (jest przepiękna, ale przeważają w niej drogie sklepy Prady, Louis Vuitton czy Dolce&Gabbana, do których nie miałem raczej po co zaglądać), przespacerowałem się do Zamku Sforzów (Castello Sforzesco), będącego siedzibą rodu Sforzów. Przed zamkiem znajduje się duża fontanna.

Za budowlą rozpoczyna się duży Park Sempione, który w tamtym czasie również przejawiał jesienne barwy. Kończy go łuk triumfalny (Arco della Pace) z XIX wieku, wzniesiony przez Luigiego Cagnola.

Było już dosyć późno, powoli robiło się ciemno, więc zdecydowałem się wrócić na stację Milano Centrale, gdzie zostawiłem swój bagaż. Po drodze minąłem bramę miejską Porta Garibaldi oraz wspomniane na początku nowoczesne budynki na Piazza Gae Aulenti.

Mój autobus do Modeny odjeżdżał z terminalu autobusowego Lampugnano blisko stacji metra o tej samej nazwie. Stwierdziłem, że zwiedziłem już wszystko, co chciałem i dalsze kilka godzin przeczekam na terminalu, wypiję włoską kawę i przejrzę Facebooka dzięki wifi w jakimś Starbucksie. Tutaj popełniłem jeden z największych błędów życia, bo terminal okazał się kilkoma zadaszonymi przystankami autobusowymi na powietrzu, a obok znajdował się (zamknięty już) bar oraz niewielka poczekalnia z automatami, którą zamknięto po godzinie, więc pozostało mi poczekać na autobus na stacji metra jeszcze około dwóch godzin w, jak się domyślacie, niesprzyjających warunkach atmosferycznych (szklane drzwi na dwór były cały czas otwarte). Nie wspominając nawet o tajemniczym towarzystwie, na widok którego mocniej trzymałem torbę w ręku.

Po 3 godzinach podróży, późno w nocy, dotarłem do Modeny, chwilę później przywitany przez dawno niewidziane znajome (Erasmus rozdzielił nas na Portugalię i Włochy), poczęstowany pizzą (jakżeby inaczej) i noclegiem. Na śniadanie znów zjedliśmy pizzę, a potem Maja zabrała mnie na zwiedzanie miasta.

Modena nie ma tak naprawdę zbyt wiele do zaoferowania, bo to niewielkie, studenckie miasto. Najważniejszym budynkiem jest katedra z dzwonnicą na Piazza Grande, a wszystkie wymienione przeze mnie obiekty znajdują się na liście światowego dziedzictwa. Z Modeny pochodził znany na całym świecie śpiewak Luciano Pavarotti.

Kolejnego (ostatniego) dnia Maja zaprowadziła mnie na stację kolejową, skąd pojechałem do Bolonii. Nie starczyło mi już czasu na zwiedzenie miasta, więc widziałem ją jedynie przez szybę autobusu zmierzającego na lotnisko. Cóż, będzie trzeba się kiedyś wybrać na zwiedzanie samej Bolonii ;)